W życiu jak to w życiu... dwoje dzieci się poznaje, poznają się coraz lepiej i lepiej... aż w końcu jedno przynosi test i mówi że aż za dobrze się już dzieci poznały :
RSS
piątek, 08 kwietnia 2011

Dawno nie pisałem, ale natchnienie mnie jakoś opuściło, a i nic ciekawego do opisania się nie wydarzyło.

Zacznę chyba od tego, że maluch rozwija się tak jak powinien, a i mama poza bólami kręgosłupa, wielgachnym brzuchem, uciskanym pęcherze i zmęczeniem ma się bardzo dobrze i kwitnąco.

Pan doktor przekazał nam również cudowną nowinę podczas badań, że w przyszłości nie będziemy musieli pilnować wszystkich ptaszków w mieście, ale tylko jednego. Właśnie tak. Nasz Fasolek nie jest dziurawcem. Między nóżkami pęto jest i nasz Fasolek nie jest już Fasolkiem. Od tej pory stał się Edgarem. Kolejna wiadomość rzuciła groźbę na poród. Okazało się bowiem, że nasze małe dziecko wcale nie jest małe i małe nie będzie. Już teraz jest wielkoludem i ciągle rośnie. Tak więc coś po tacie na pewno odziedziczył już.

Tym czasem poród tuż tuż.

Niedawno dostaliśmy skierowanie by zapisać się do szkoły rodzenia. Niech mi kto powie, że szkoła rodzenia to dla bab jest. Nie ma aż tak dużo tych zajęć, a żadnych pięciu minut z nich nie zamieniłbym na nic innego. Po pierwsze kolejne spotkania z kolejnymi położnymi uspokajają. Okazuje się, że nie są to straszne widźmy, które chcą się ciebie jak najszybciej pozbyć, a wcześniej strasznie skrzywdzić. Są normalnymi i sympatycznymi osobami, chcącymi pomóc ci jak tylko mogą najlepiej, nie skąpiącymi ci swojego czasu i wiedzy. No i co najważniejsze – są ludźmi jak my wszyscy.

Po drugie otrzymujesz w takiej szkole niesamowicie dużo informacji. Niektóre są oczywiste nawet dla takiego nowicjusza jak ja, inne całkiem nowe. Fajnie jednak wszystko nagle staje się jasne, usystematyzowane, no i co najważniejsze – nie jest już takie przerażające, jak to roiło się w głowie przedtem.

Co by jednak za spokojnie nie było – jak wiadomo dziecko to stres… stres dopadł mnie jakoś tydzień temu, gdy nagle uświadomiłem sobie, że nie dam rady podnieść dziecka z łóżeczka. Przecież jak je wezmę to na pewno zrobię mu krzywdę. A tak bardzo nie mogłem się doczekać gdy pierwszy raz je wykąpię. I niech się śmieję kto chce - risu inepto res ineptior nulla est. Quantum scimus, gutta est, ignoramus mare. I tak właśnie, i na to przyszła kolej. Na poprzednich zajęciach uczyliśmy się kąpać malucha, przewijać, a na następnych rehabilitant pokaże różne chwyty jak trzymać gnojka. Ale wróćmy do kąpania.

Ćwiczenia  oczywiście na Antosiu, a poniżej krótki kurs ze zdjęciami jak to Kudłaty kąpał lalkę.

Najpierw myjemy oczkanajpierw myjemy oczka.

teraz będziemy myć uszka

pozbywamy się brudnej pieluszku i myjemy klejnoty i dupsko

bardzo dokładnie myjemy dupsko :)

przytulamy i podnosimy malucha. Antoś na szczęście mnie nie obsikal podczas przenoszenia :)

i chlup go do wanienki :)

i dokładnie myjemy, i na koniec suszymy.

Kilka błędów było, ale ćwiczenia zaliczone. Pocieszyło mnie to, że pielęgniarka ani razu nie wtrąciła się w to jak łapię i trzymam Antosia, co oznacza, że instynkt rodzicielski się we mnie prawidłowo rozwinął. Jedno co było śmieszne dla pań, bo panowie rzadziej się śmiali, to moja i nie tylko moja mina. Prawie każdy z nas podczas ćwiczeń z kąpieli był niesamowicie skupiony, zdenerwowany, wystraszony, speszony itd. Sam już nie pamiętam wszystkich emocji jakie mi przy tym towarzyszyły. Nie mniej jednak udało się – est modus in rebus.

Po kąpieli czas na śmierdzącą sprawę. Wymiana pełnej pieluszki na pustą pieluszkę :D

Tym razem na szczęście mało śmierdząco było, bo jajko było bez niespodzianki:)

Tutaj również popisałem się rozwiniętym instynktem rodzicielskim. Podczas przewijania nie było przy mnie pielęgniarki ze szkolenia. Towarzyszyła mi jednak moja żona. Jako doświadczona w pracy przy dzieciach, cały czas stała nade mną i napieprzała co i jak i kiedy mam robić. No to musiałem ochrzanić, bo jak inaczej się nauczyć, niż błędów kilka popełnić. Na koniec jednak pochwaliła mnie, że pewnie i w bardzo dobry sposób łapałem lalkę, uspokajając, że nie mam szans skrzywdzić dziecka.

Stres nadal jest, tym razem jednak jest małym stresem. Z powrotem nie mogęsię doczekać, kiedy pierwszy raz wykąpię syna.

10:58, koodlaty1984
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 listopada 2010

Na początku była planeta brzuszek.


Nad planetą brzuszek opiekę sprawowała czarownica.

Czarownica była wstrętną Zołzą. Ładnie się ubierała, wyglądała cudownie i mamiła mężczyzn swym urokiem. Planetę swoją chroniła jak tylko mogła, zapewniała jej ciepło, jedzenie, picie i inne wszelkiego rodzaju potrzebne jej używki.

Pewnego dnia, znudzona codziennym życiem, poszła w odwiedziny na planetę Rock’n’roll, gdzie u brzegu złocistego morza Browar, pod gęstymi chmurami pianki na dwa palce, z uroków życia cieszył się troll Kudłaty. Zołza go zobaczyła i uległa pokusie schwytania go. Gdy z niebios dał się usłyszeć odgłos instrumentów i wokalu zespołu Metallica, niczego nieświadomy troll podniósł głowę celem przechylenia z tej okazji kufelka. Już był bliski stanu nirwany, kiedy jego oczom ukazała się Zołza. Jej piękne ciało zachwyciło Kudłatego, który od tamtej pory nie był w stanie skupić się na niczym innym, jak tylko ona. Od tej pory planetę Rock’n’roll odwiedzał celem ujrzenia Zołzy, zamiast zwykłego spożycia browara ze znajomymi przy dźwiękach gitar i skurwiałych wokali wokalistów.

Tak właśnie zaczęli się spotykać, by po kilku miesiącach zamieszkać razem. Wszystko toczyło się pięknie. Nie mniej jednak z takiego połączenia musiało coś powstać. Otóż wewnątrz planety brzuszek powstało piekło, na którego tronie zasiadł Fasolek.


Potomek trolla Kudłatego i wiedźmy Zołzy.

Mały Fasolek zawładnął poprzez wnętrze całą planetą brzuszek, jak i sprawującą nad nią opiekę Zołzą. Cudowne zaś morze Browar wyschło. W następnej kolejności  rozpoczęła się akcja ugaszania pożaru papierosowego na planecie Rock’n’roll, która trwa do dziś a z którą mam zamiar się uporać w bliskiej przyszłości.

Oddajmy więc cześć małemu Belzeboss’owi Fasolowi, albowiem przez niego wszystko to się stało :)

 

A teraz zdjęcie naszego Fasoleczka na serio. Ma już prawie 5 centymetrów, dwie rączki i dwie nóżki, główkę,  oczka i jest przepiękny. Serducho napierdziela mu tak samo szybko jak ostatnio :) A my nadal jesteśmy najszczęśliwszymi rodzicami na świecie, mimo zmiennych nastrojów Zołzy :)

 

 

 

Jakoś ogólnie ostatnio natchnienia nie mam ale będę się starałpisać... a jak tylko natchnienie pozwoli napisać więcej... wrzucę od razu :)


c.d.n.

wtorek, 26 października 2010

Eh to moje dziecko. Co ono z moją Elą robi. Cały czas łazi wkurzona, rzuca się o byle co. Dodatkowo cały czas miewa nudności co dodatkowo ją rozdrażnia i zmusza do niemal ciągłego narzekania - bo mi niedobrze, bo tyję, bo ty nic nie robisz, bo ty za głośno oddychasz, bo śmierdzisz, bo paliłeś…………………….......................................…………………….

Ja rozumiem, że to te pieruńskie hormony, że dzieją się z nią rzeczy nad którymi dziewczę moje nie jest w stanie zapanować, ale do cholery mną też targają emocje. Ona ma w sobie dziecko i jej wszystko wolno? To nie fair. I tak ma więcej, bo ma w sobie dzidziusia. To ona go czuje, karmi, i może być z nim 24h na dobę.

W końcu nadszedł dzień, abym i ja poczuł bardziej fizycznie, że będę miał dziecko. Wczoraj mieliśmy pierwsze USG. Niesamowicie cieszyliśmy się na tą wizytę. Radość się jednak skończyła, kiedy to się okazało, że na badaniu mnie nie będzie. Mianowicie miało się odbyć o 16:00 a ja o 15:00 miałem rozmowę o pracę. No i jak w godzinę dobrze się zaprezentować i przedostać po prezentacji z Targówka dalekiego na daleki Mokotów? Tak więc rano jak mnie dół złapał tak myślałem, że ja zacznę rzygać i  nie przestanę. Z pracy wysłali mnie na miasto. Jeżdżę sobie samochodem z dokumentami, kiedy mnie olśniło. Memory, find… Siara… i wszystko jasne :)

K: Dzień dobry. Jestem z Panem umówiony na rozmowę w sprawie pracy na godzinę 15:00. Czy byłaby możliwość przełożenia rozmowy na godzinę 14:00?

Boss: Nie ma problemu zapraszam.

K: Dziękuję i do zobaczenia.

Gaz do końca i w 10 minut byłem na Targówku w siedzibie firmy. Rozmowa trwała jakieś 20 minut. Tak więc po rozmowie wróciłem do swojej obecnej pracy i 30 minut po ustawowym fajrancie wyszedłem za mury „obozu”, to jest o godzinie 15:10. Praca o którą się starałem, okazała się akwizycją, a dokładnie miałbym się tam zajmować prezentacją sprzętu do czyszczenia powierzchni płaskich. Tak to już jest niestety, że człowiek idzie z myślą, że będzie przedstawicielem handlowym, gdzie na najlepszych samochody służbowe czekają, a kończy słuchając o posadzie akwizytora :)

Wracając do przyjemniejszych rzeczy. Godzina 15:55 mniej więcej wysiadłem z autobusu (gdzie codziennie wysiadam i do domu zmierzam), obok przychodni przechodzę i do mojego kochania (Najpiękniejszej Mamy na Świecie) dzwonię:

K: cześć kochanie gdzie jesteś?

Z: w przychodni czekam pod gabinetem. A ty? Co robisz?

K: właśnie wyszedłem po rozmowie tu na Targówku i będę do domciu jechał.

Z: czyli jednak cię nie będzie. Szkoda.

K: no wiem. Też żałuję, ale trzeba było być odpowiedzialnym, skoro już się umówili ze mną na tą rozmowę.

Z: no wiem. Kocham cię i będę czekać w domku.

Odłożyłem słuchawkę i wszedłem do przychodni. Jakież było zdziwienie Zołzy gdy mnie zobaczyła. Ależ miała głupią minę na widok mojego roześmianego ryja. Jestem normalnie mistrzem ściemy, i kłamczuchem jakich mało. Jak moje dziecko się wda we mnie, to w szkole będzie miało fajne życie (jak tatuś) :D Nie muszę też wspominać o radości jaka nagle nastała. W końcu Zołza była tam jedyną w ciąży, która przyszła sama bez ojca dziecka. No ja na jej miejscu czułbym się na maksa chujowo, i ona tak właśnie się czuła, jak to mi powiedziała chwilkę później. Ja zresztą sam się chujowo czułem z myślą, że mnie nie będzie na badaniu. Co to byłby ze mnie za ojciec. Tym bardziej, że rozmowa o pracę na stanowisko akwizytora, której na pewno nie podejmę, nie byłaby absolutnie tego warta. Humor więc momentalnie mi się poprawił. Na wizytę byliśmy umówieni jako pierwsi, weszliśmy jako drudzy, lekarz się spóźnił dodatkowo (kocham swoją ojczyznę, kocham swoją ojczyznę, ja naprawdę kocham swoją ojczyznę), więc do gabinetu zamiast o 16:00 weszliśmy jakoś o 16:20.

Na początek kilka pytań o jakieś dziwne rzeczy których nie rozumiałem. Jakieś miesiączki ostatnie, poczęcie, wiek płodu. Trudne nazwy – pewnie rozmawiali po łacinie, jako że moje kochanie wykształcenie medyczne jako pielęgniarka ma. Dla mnie było najważniejsze to co pokazało się moim oczom chwilkę później:


Tak. To malutkie oznaczone strzałką to moje dziecko. To jest właśnie malutki Fasolek. Najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie, i nikt mi inaczej nie wmówi :)

Zołzie zakręciła się chyba łza w oku. Ja ledwo mogłem oderwać oczy od monitora. Zresztą tylko Najpiękniejsza Mama na Świecie była w stanie odwrócić moją uwagę o zdjęć. Pan doktor coś klikną i nagle:

Jest to tylko graficzny zapis, ale my usłyszeliśmy bicie serduszka. Maluśkiego serduszka w ciele Fasolka. Fasolka, którego długość wynosi zaledwie 12,4 mm. Serduszka które zapierdzielało jak mały motorek. 160 razy na minutę. To było najcudowniejsze co w życiu usłyszałem. Zołzie wtedy zakręciła się w oku łza na pewno. Żałowałem że płyty nie wziąłem, ale jak się okazało całe badanie jest zapisywane na komputerze w przychodni, więc przy następnej wizycie poproszę o zarejestrowanie tych cudnych dźwięków nowego życia.

Szczerze mówiąc nawet najlepsza praca na świecie i za najlepsze pieniądze nie byłaby warta tego co wtedy przeżyłem. Gdy wyszliśmy z gabinetu ze zdjęciami w łapie, Zołza pękła. Zaczęła ryczeć. Przytuliłem ją ciesząc się sam jak małe dziecko. Zastanawiałem się czy też nie powinienem ze szczęścia łzy uronić, ale jakoś nie miałem natchnienia do tego:)

Z tego szczęścia wybraliśmy się wieczorem na spacer na pocztę odebrać parę rzeczy (o których pewnie Zołza na swoim blogu napisze, jako że z Fasolkiem związane) i na małe zakupy – głupi sklep… nic w nim dla Fasolka nie było.

 

c.d.n.

11:21, koodlaty1984
Link Komentarze (10) »
czwartek, 14 października 2010

Nie jest fajnie żyć w nieświadomości. Jako że półtora tygodnia temu dowiedziałem się, że będę rodzicem, nie znam jeszcze płci dziecka. Fajnie byłoby wiedzieć w końcu czy będę tatą czy mamą J

Nie jest to jednak jedyne moje zmartwienie. Z drugiego zmartwienia jednak wyszła fajna sytuacja, która po kolei wszystkim się podoba. Nie znając płci dziecka nie wiedziałem jak mam się do niego zwracać (słuchy mnie dochodziły, że takie małe nienarodzone jeszcze nie słyszy. Do mnie jednak to nie dociera i jak mam okazję to z nim rozmawiam J ). Tak zatroskany siedziałem i na googlach USG innych oglądałem, kiedy dotarło do mnie że takie małe to jak ziarnko fasoli wygląda, z bijącym serduszkiem w środku. Tak więc moje nienarodzone dziecko Fasolkiem nazwane zostało, a Zołza (już nie Najpiękniejsza Dziewczyna pod Słońcem, ale Najpiękniejsza Mama pod Słońcem) zaakceptowała.

 

Z rodzicami nie okazało się tak źle jak myślałem. Jadąc na Warmię do rodziców Zołzy, gdy zobaczyłem z daleka jej rodzinną miejscowość, żyły na palcach mi wyszły – tak mocno kierownicę ścisnąłem. Komentarz jej mamy był jednak krótki: „trochę nie w tej kolejności”, nie mniej jednak powiedziane było z uśmiechem, a tata Zołzy od razu został przez moją teściową nazwany dziadkiem.

Reakcja mojego ojca podobnie jak u teściowej mojej. Komentarz o kolejności taki sam, a następnie próba zachowania powagi – nieudana próba. Co do mojej mamy, jako jedyna zaczęła nazywać Fasolka Fasolkiem i jako jedyna wybuchła radością od razu niewiele myśląc.

Babcie natomiast (jedna moja jedna Zołzy), dwie wierzące i praktykujące katoliczki na nieślubne dziecko zareagowały tak samo: „no nareszcie”. Która babcia by się nie cieszyła, że będzie prababcią :>

Wszystko więc poszło świetnie, nie mniej jednak emocji wiele plus rozpieprzony samochód spowodowały niesamowite zmęczenie, i chyba dopiero w sobotę gdy sobie spokojnie pośpię i poczuję się wypoczęty. Fajnie byłoby pozostać przy poinformowaniu samych sióstr, a one mogłyby podać dalej, nie mniej jednak postanowiliśmy się przemęczyć i osobiście stanąć twarzą w twarz z przeznaczeniem.

Ciotki Fasolek ma powalone ostro, i na maksa pozytywnie. Zresztą nie tylko te w rodzinie, bo i znajome nie są za normalne i wesoło z nimi będzie.

 

Fasolku leż sobie wygodnie cieplutkim i bezpiecznym brzuszku mamusi i cały i zdrowy na początek lata przybądź… wszyscy czekamy tu na Ciebie J

 

Teraz przed nami ciężki okres przedślubny. Myślałem, że będzie łatwiej, a tu coraz to nowe problemy i komplikacje się tworzą.

 

Co do fajnych tekstów związanych z Fasolkiem:

 

1.

Przytknąłem do pępka Zołzy kawałek papryki:

K: niech Fasolek spróbuje

Z: ale on czuje smak, jak ja jem

K: ale takie przetrawione??

Z: ale on musi takie przetrawione

K: ale Fasolek mi powiedział, że da radę.

 

2.

Z: cycki mnie bolą

K: pewnie Fasolek jest głodny. Wsadź sutka do pępka i go nakarm

 

Teksty a propos tego jak zaliczyłem w szkole biologię. Dopiero tydzień po tym jak się dowiedziałem, że będę ojcem, dowiedziałem się, że dziecko wcale nie jest pępowiną podłączone do pępka matki.

 

CZŁOWIEK CAŁE ŻYCIE SIĘ UCZY J

Takim mottem kończę kolejny odcinek z życia Fasolka.

 

c.d.n.

14:27, koodlaty1984
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 października 2010

Poniedziałek 4 października. Wrócilem z pracy, moje kochanie z uśmiechem na ustach wita mnie pocałunkiem, a gotowy obiad za chwilkę będzie stał na stole. Miło wyglądał chłodny dzień widziany przez okno z ciepłego domku, w którym co i raz przemykała mi Najpiękniejsza Dziewczyna pod słońcem, co i raz narzekając tylko na bolące cycki i opóźniająy się okres. Jednak dzielnie to znosiła, a napięcia przedmiesiączkowego i wkurwa z tym związanego nie było w ogóle. Można by rzec - kobieta idealna. Nie mniej jednak brak wkurwa przed miesiączką dało się jakoś wyjaśnić.

Mianowicie leżę sobie na kapie pod wieczór już przygotowując się na wieczorny seansik filmowy z Napiękniejszą Kobietą pod słońcem, która to jeszcze w łazience siedziała i postanowiłem zadzwonić na chwilkę do babci mojej jedynej. Nagle obok mnie wyrasta moje kochanie i z miną jakby przed chwilą ledwo uszła z życiem wychodząc z muszli klozetowej, gdzie miala utonąć, podaje mi coś co wygląda jak termometr. Ja na nią patrzę i taka oto rozmowa:

K: CO?

Z: no zobacz.

Patrzę:

K: CO?

Z: dwie kreski.

K: i CO?

Zołza podaje mi pudełko:

Z: przeczytaj sobie!

...

K: babciu muszę kończyć.

Miałem pewnie minę jakbym przed chwilą wyszedł z sedesu i ledwo nie utonął:

K: kochanie... ale pozytywny test to chyba jeszcze nic pewnego??!?????????

Polecieliśmy do apteki i... dwa kolejne testy to już chyba było coś pewnego. Dalej to już strach, przerażenie, złość na siebie, strach, bezradność a na wierzchu błyszczące oczy i wielki banan na gębie. Zrobiliśmy sobie więc pyszny deserek i obejrzeliśmy dwa filmy.

Następne dni w pracy to była jakaś tragedia. Czułem się jakby mi kto wepchnął w pupę wielki dynamit, odpalił lont i rozpieprzył mnie całego od środka. Jak mały chłopiec, który został przyłapany na masturbacji w łazience ze świerszczykiem w ręku. Całe emocje przeszły dopiero we czwartek, kiedy to poczytałem o innych tatach, a po południu ginekolog potwierdziła, że będę tatą. Teraz już została sama radość i poinformowanie rodziny.

c.d.n. (prawdopodobnie w środę... wpadnie tu kilka fajnych tekstów, imię mojego 5-cio milimetrowego dziecka i moje wrażenia z wrażeń rodziców).

Dodatki na bloga
Dodatki na bloga